Linux Mint 15 Olivia – RC – wrażenia

Słysząc o Linux Mint’ie można spotkać z opiniami, iż jest to najpopularniejsza dystrybucja, najbardziej przyjazna użytkownikom zwłaszcza tym migrującym z Windows’a oraz bardziej złośliwe opinie, iż Mint jest po prostu brzydszą siostrą Ubuntu, na którym skądinąd bazuje.

W związku, iż moje doświadczenie z Mintem jest bliskie zeru poza znajomością generycznych komponentów postanowiłem przyjrzeć się najnowszej wersji Linux Mint 15 o nazwie kodowej Olivia, która osiągnęła status Release Candidate.

Jak określają twórcy jest to najambitniejsza wersja Minta. To dobrze bo najnowsza wersja Ubuntu poza nowszymi pakietami nic nie wniosła.

Instalację rozpocząłem od wybrania wersji z Cinnamonem czyli interfejsem będącym forkiem gnome shella, a przypominającą wyglądem Gnome 2.

Mate nie przypadł mi do gustu i jak dla mnie jest czymś co należy pogrzebać i zasadzić kwiatka, ale jak kto lubi 🙂

1) Wracając do samej instalacji to po szybkim uruchomieniu zobaczymy pulpit w trybie live cd, z którego możemy rozpocząć instalację, która notabene korzysta z tego samego instalatora co Ubuntu chociaż skórka jest ładniejsza.

Różnica jest tylko jedna, a mianowicie brak możliwości wyboru instalacji dodatkowych kodeków, lecz nie ma się co martwić gdyż Mint posiada już je domyślnie zainstalowane.

Co ciekawe istnieje wersja Minta tylko i wyłącznie z otwartym oprogramowaniem o nazwie bodajże Universal.

2) Po instalacji, która przebiega bezproblemowo, pozytywnie jestem zaskakiwany nowym menedżerem logowania o nazwie MDM, który bardzo ciekawie wygląda, a co więcej posiada możliwość instalacji skórek, w tym animowanych.

Bajer, ale pc’ty z linuxem zawsze są wybajarzone i bardzo ładne.

3) Po zalogowaniu widać już pulpit z ekranem powitalnym z linkami do dokumentacji, stron wsparcia itp., dobry pomysł. Wiele lat temu tego typu ekrany/samouczki były bardzo rozwijane dziś już niewiele dystrybucji z tego korzysta, a szkoda…

4) Jak zawsze na samym początku przystąpiłem do aktualizacji systemu domyślając się, że należy kliknąć na odznakę na pasku po prawej stronie.

Dwie rzeczy zaskoczyły mnie pozytywnie.

Po pierwsze aktualizator pokazuje „poziom bezpieczeństwa” (przetestowania) pakietu co może być przydatne dla nowych użytkowników, a i fajnie wygląda.

Po drugie bardzo czytelny ekran zasobów oprogramowania wraz z możliwością wybrania najszybszego servera lustrzanego na podstawie pingów. Odkrycie żadne, ale w Ubuntu nie było, kolejny dobry pomysł.

5) Teraz będa troche skakał między różnymi programami.

a) Nemo – menedżer plików, fork Nautilusa, nic dodać nic ująć

b) Klikając prawym klawiszem na pulpit można wybrać opcję „Dodaj desklety” zakładam, że chodzi o jakiegoś rodzaju widżety coś jak plasmoidy w KDE. Niestety ich liczba jest dosyć uboga (przynajmniej w zakładce Get more online).

Nie bawiłbym się w to, KDE zdecydowanie robi to najlepiej.

c) Chwile pobawiłem się terminalem, który okazał się zwykłym Gnome terminalem.

d) Panel u dołu ekran możemy uposażyć we wszelaką maść apletów oraz dokonać edycji układu poszczególnych sekcji, kolorów, rozmiarów, autoukrywania itd.

e) Menedżer oprogramowania – jest. Swego rodzaju przeróbka Centrum Oprogramowania Ubuntu, niekiedy działa szybciej, a czasem wolniej niż w Ubuntu.

f) Menu – oprogramowanie – czyli coś co wyróżnia Minta na tle konkurencji, a mianowicie menu z programami, które swoim wyglądem przypomina wersję KDE3 lub odwróconą wersję z Gnome2 lub poprostu start z Windowsa.

Oprogramowanie zawarte w wersji instalacyjnej zawiera wszystko co potrzeba do szczęście na samym początku czyli:

Synaptic, Tomboy, Banshee, Libreoffice, Totem, Gimp, Brasero, Transmission, Thunderbird, Pidgin i oczywiście Firefox.

Kernel w wersji 3.8.0

Nie należy również zapominać o autorskich programach ekipy Minta.

g) Oczywiście istnieje możliwość zmiany wszelakich skórek, tematów itp. tak jak w gnomie 3

h) Odtwarzanie muzyki, filmów etc. działa ‚out of the box’ bez potrzeby dodatkowej ingerencji.

Muszę przyznać, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczony i uważam, że Mint może być naprawdę dobrą alternatywą dla Ubuntu lub być po prostu systemem bardo przyjaznym dla użytkownika, to się chwali.

Zastanawia mnie tylko jak na fali różnych ostatnich dziwnych pomysłów Ubuntu odnajdzie się Mint wraz ze swoim Cinnamonem, Mate’m, Mint’em KDE.

Jest jednak pewna nadzieje otóż Mint udostępnia również jeszcze jednego spina, jak dla mnie najciekawszego o nazwie: LMDE (Linux Mint Debian), który jest Cinnamonem/Mate’m opartym bezpośrednio na Debian’ie, a nie Ubuntu.

Oznacza to trochę starsze pakiety, ale i większą stabilność i bogactwo Debiana w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Uniezależnienie się od Ubuntu może być tym właściwym krokiem, a i na pewno zachęcającym wielu użytkowników.

Minus to oczywiście większa praca nad przeportowaniem nowszych pakietów… ale wysiłek może się opłacić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.